Malarstwo sztuka czy rzemiosło ?
czwartek, 06 października 2011

Przy takim malarstwie wypadałoby coś napisać o winie. Winie w sensie ciekłym, a nie przeskrobanym. Ale ten blog nie jest na ten temat tylko o malarstwie.
No to napisze, że malowane wino jest bardzo urokliwe, pięknie się mieni kolorami, przyciąga uwagę widza i zachwyca. Koniec. Kropka. Obrazek i enter.
Czy to jednak nie mało?

Pijcie wino! Pijcie wino!
Nie wierzycie, że to cud
Gdy strumienie wina płyną
Choć nie sadzi winnic lud.

To może o winie w malarstwie? Ale to temat na grubą książkę a nawet kilka tomów. Ja tylko tyle, że:
- najbardziej intrygujący motyw wina, jest ujęty na obrazie Pana da Vinci pod tytułem „Ostatnia wieczerza”, po prostu go tam brak wbrew zapisom biblijnym.   
- jedynym obrazem, który udało się sprzedać za życia Panu van Gogh jest "Czerwona winnica", obecnie wisząca w Muzeum Sztuk Pięknych im. Puszkina w Moskwie.
- najczęściej malowanym winiarzem jest Pan Dionizos Bachus ;)




                    George Owen Wynne Apperley – Duch wina 1917-1918
                                              Własność prywatna.

Jeśli obraz się podoba to należy zapamiętać malarza bo bez niego nie moglibyśmy się zachwycać. Anglik związany z Granadą, zaczął od malowania pejzaży, potem postawił na portretowanie kobiet. Wyszło bardzo smacznie. W twórczości Apperley’a zdecydowanie wole namalowane kobiety niż namalowane pejzaże.
Obrazy malarza można podziwiać w wielu muzeach, czasami są wystawiane także w domach aukcyjnych.

Wróćmy jeszcze do powyższego malowidła, po prawej beczka, po lewej waza. Waza ze względu na scenę jest ciekawsza od beczki. Jakieś diable, pewnie pijane, z dzbanem w ręku goni, chyba kobietę. Na wazach greckich różne rzeczy się działy. Jest pogoń, jest akcja! Po środku siedzi duch, duchami ten blog, też się nie zajmuje. ;)

Wieszamy – jadalnia.

Prenumerata bloga.

środa, 28 września 2011


Pracownie malarskie wyglądają różnie. Jedne są jasne, posprzątane i oświetlone, inne wręcz przeciwnie. Wszystkie zawierają jakieś obrazy, szkice oraz mnóstwo różnych bibelotów wykorzystywanych do tworzenia kadru. Na tym obrazie pracownia malarska po kanadyjsku, chociaż pewności nie ma. Bałagan spory, artyście można wybaczyć, niektórzy odnajdują się tylko w bałaganie.
Portrety kobiet, mężczyzn i jakiegoś podrywacza spod okienka, w dodatku na białym koniu. Białość konia ma niby podkreślać, że taki on wymarzony przez pannę rycerz. Szkoda, że nie widać, nad czym się męczy artycha, co tam na sztaludze paćka?. I odwróciłby sobie ją do światła...

Widać dobrze dwa obrazy, portret kobiety oraz ten z koniem. Te dwa zasadniczo da się rozpoznać, duże, wyraźne, i tyle w temacie. Dodam tylko, że ten z koniem gdzieś widziałem, ale absolutnie nie mogę sobie przypomnieć w jakich odmętach internetu to było, ani też nijak nie mogę trafić na niego, trudno.

                                Cornelius Krieghoff – The Studio 1845
                                 National Gallery of Canada, Ontario.


Urodzony w Amsterdamie Cornelius związany był najbardziej z Kanadą.  Kanadyjski pejzaż, zima, życie Indian stanowią też największą pulę w jego dorobku malarskim. Autor sporo podróżował, najpierw był uczony przez ojca, później studiował malarstwo w Niemczech. W swojej karierze miał też okres kopiowania dzieł w Luwrze.

Kanadyjska tematyka nie specjalnie mnie zachwyca. Wolę zimę w swojskim wydaniu oczywiście w ujęciu malarskim. Ale niektóre inne kadry Krieghoffa, takie jak ten wyżej są całkiem ciekawe. Taki bałagan artystyczny sprawia, że jest, na czym oko zatrzymać. No i ten jeździec na białym koniu...co, za jeden cholerka.

Wieszamy – galeria obrazów wieloobrazowych.

Prenumerata bloga.

środa, 14 września 2011

Medytacja kojarzy się raczej z jakimś hinduskim mnichem niż z młodą dziewczyną. Dziewczyna medytująca, w dodatku nad historią Włoch?! To nie może być nic realnego, to musi być coś alegorycznego.

Sama księga to raczej też nie cała historia a zaledwie jeden z jej tomów. Któż jest w stanie unieść całą historię Italii !!


Ja sobie myślę, że wcale nie chodzi tu o historię, ani medytację tylko o to spojrzenie. Pamiętacie Kaszpirowskiego...adin, dwa, tri... To dopiero był hochsztapler.
Zgubiona dusza tego, co dał się uwieść temu spojrzeniu, dziewczyna ma diabła w oczach, chociaż krzyż trzyma w dłoni. Jak to mówią, skromna jak św. Agnieszka, a diabeł w niej mieszka!

Chłopaki lubią takie dziewczyny. 

                 
                   Francesco Hayez – Medytacja na temat historii Włoch 1850
                                     Własność prywatna

Autor był malarzem włoskim. Nieźle wychodziły mu portrety oraz obrazy o zabarwieniu historycznym. Wykazywał ciągoty do malowania obrazów z motywami politycznymi, tak jak ten powyżej. Bardziej rozsławiony jest jego Pocałunek, ale dla mnie tchnie trochę plastikiem, niczym kadr z disneyowskiej bajki. Ten natomiast uważam za najlepszy obraz malarza.

Diabeł w oczach przyciąga, mieć takiego diabła to jedno, a potrafić go namalować to drugie. Tu wyszło dobrze, ale i inni też potrafili, pewnie będzie tu więcej takich spojrzeń „z diabłem w oczach”.

Kto chce może sobie ustawić obraz, jako tapetę w komputerze i hipnotyzować się spojrzeniem w wolnej chwili.

Wieszamy – salon trzeci.

Prenumerata bloga.



poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Panienka z okienka. W Gdańsku toż to jest całe urzędnicze stanowisko z tym, że prawie społecznie pełnione. Co jakiś czas są castingi, trzeba tylko być gdańszczanką między 18 a 23 wiosną życia, reszta to improwizacja. Postać w filmie rozpowszechniła Pola Raksa, dla młodszych co nie kojarzą – to ta piękność co grała Marusię w Czterech Pancernych.

Temat jak widać zachwyca nie tylko w Gdańsku, widok takiej panienki uwiódł Rembrandta i to prawie 400 lat temu. Ze wszystkich malarzy swoich czasów, Rembrandt namalował najwięcej portretów.

Obraz malowany ok. 1645, tożsamości dziewczęcia nikt nie ustalił.



                  
                  Rembrandt Harmenszoon van Rijn – Dziewczyna w oknie1645
                                        Dulwich Picture Gallery, Londyn


Rembrandty mają wzięcie.

Jak cenne są „Rembrandty”? W grudniu 2009r jeden z nich "Portret mężczyzny podpierającego się pod boki" z 1658 r. na aukcji Christie's poszedł za cenę 20,2 miliona funtów (91 milionów złotych wtedy), Rekordowy „Rembrandt”.(W tym samym dniu droższy był tylko Rafael, ale to temat na inna bajkę). Ten sam obraz (o „Rembrancie” mówię) w roku 1930 uzyskał kwotę 18,5 tys. funtów, potem był kilkakrotnie sprzedawany, po raz ostatni publicznie widziany w 1970r.

Rembarandty mają wzięcie.

Najwięcej „Rembrandtów” wisi w USA, śmiało można powiedzieć, że jest ich tam kilka tysięcy więcej niż autor zdołał namalować w całym swoim życiu. Skąd ich tam tyle, ano myślę sobie, że to efekt amerykańskiego snu od pucybuta do miliardera. Taki bogaty w USA działa prosto, światowych malarzy było trzech... (wszyscy na „R” - to ich utwierdza w przekonaniu, że tylko trzech ich było).... Rafael, Rubens, Rembrandt. Rafael wypaćkał tynk na suficie, tego się nie da zaimportować z Rzymu, Rubens to same grube baby, kto by chciał wieszać na ścianie grubą babę, jak tam wkoło ich tyle a jak nie, to się podrzuci markowego hamburgera żonie, raz i drugi, i będzie miał to samo. I to live. Pozostał Rembrandt, prestiżowo. 

Według Urzędu Celnego USA, w latach 1909-1951 sprowadzono do Stanów co najmniej 9428 obrazów „pędzla Rembrandta” !! (Thomas Mc Shane, Dary Matera – ("Na tropie skradzionych arcydzieł") – wprawdzie „pędzla Rembrandta” to nie to samo, co „Rembrandta” ale nie bądźmy drobiazgowi.

Rembrandty mają wzięcie.

Nie dalej jak kilka dni temu z hotelu Ritz w Marina del Ray, rąbnięto szkic tegoż autora, który odnaleziono parę dni później w kościele, po anonimowym jak zawsze telefonie.

Rembrandty mają wzięcie.

Jedna z jego prac, zwana jest potocznie „Rembrandt na wynos”. Obraz w oryginale nosi tytuł Jacob de Gheyn III  był już kradziony 4 razy, na szczęście zawsze się odnajdował.  

Na koniec nieco inna wersja kolorystyczna, dla porównania.
Nie wiem, która jest bliższa oryginału, wiem, że w necie można znaleźć jeszcze kilkanaście innych wersji, każda gorsza jedna od drugiej.

Wieszamy – salon drugi.

Prenumerata bloga.

poniedziałek, 08 sierpnia 2011

Kobiety można rozbierać w różny sposób, z różnym wdziękiem i w różnych okolicznościach. Ale tylko niektórym udaje się zrobić z tego sztukę. Tym razem miałem bardzo trudne zadanie i mnóstwo dylematów, który obraz powiesić na ścianach tego bloga. Nie sposób wybrać. Trudno, tym razem blog nabędzie obrazy hurtowo.


            
                                Guan Zeju – Niewiasta w progu werandy
                                          Własność nieustalona

 Sztuka jest chińska, podobnie jak chińskie są zupki i mnóstwo rzeczy wkoło, z tym, że nie drażni tandetą.
Ba! Zachwyca i daje rozkosz dla oka. I nie jest to tylko kwestia modelki, to by było zbyt proste. Chińska, stara tradycja w tle i młoda nowoczesność, jako wątek główny a może odwrotnie, nieważne. A do tego jedwab. Ręcznie malowany, bo jakże by inaczej. Kto chce, może wzdychać.



                     
Guan Zeju – Dziewczyna i kwintet flecistów
                                Własność nieustalona


Artysta malarz nazywa się Guan Zeju, urodził się w Chinach w 1941r i już w latach szkolnych miał indywidualną wystawę na której pokazał ponad 100 prac, potem rysował zgodnie z linią partii, pewnie inaczej trudno było o farbki, w końcu wyjechał do USA. Zasłynął obrazami tancerek baletowych, jedne z bardziej rozpowszechnionych w necie (obrazy oczywiście, nie baletnice).

I wszystko jedno czy kobieta jest baletnicą czy nie, leży na kanapie czy stoi na balkonie, pozuje na tle historii czy wyłania się wśród traw, zawsze zachwyca swą urodą. Skąd on brał te modelki? Przecież takie po ulicach nie chodzą, nieprawdaż?!


                                         Guan Zeju – Kobieta wśród traw.
                                                  Własność nieustalona


Dobrze. Wszystko pięknie, ładnie tylko w całym tym galimatiasie krzaczkami znaczonym nie znajduje wiarygodnej informacji: po pierwsze primo - co do tytułów owych zachwycających malowideł (tytułu pod obrazami są wymysłem autora bloga), po drugie primo - co do ich własności. Zupełnie nie wiem gdzie się udać, żeby móc podziwiać oryginały na własne oczy, może trzeba by popytać gdzieś w Los Angeles a może gdzieś w Hong Kongu. Trafiłem tylko na informację z przeszłości, ta czy inna galeria je prezentowała. Może łatwiej będzie tym, którzy czytają te krzaczki. Jakby ktoś, coś wiedział, np: co, gdzie kiedy, proszę pozostawić namiary w komentarzach. China art - strzał w dziesiątkę

Na koniec jeszcze jeden obraz
关则居, chińska sztuka naścienna, która kopytami wchodzi w nasza rzeczywistość. Jest nad czym dumać. Podumajmy więc razem z ta sympatyczną Panią oddając się przyjemności raczenia oczu pięknem.

                                     Guan Zeju – Panna i orszak
                                              Własność nieustalona

 
Wieszamy – Niewiasta u progu werandy – sypialnia.
                
– Dziewczyna i kwintet flecistów – sala balowa.
                – Kobieta wśród traw – jadalnia.
                – Panna i orszak – pokój z bujanym fotelem.

                – Dziewczyna na balkonie – gabinet na stojadła z wojaży  

Prenumerata bloga.


sobota, 30 lipca 2011

Piękny rycerz na białym koniu. Marzenie wielu panien. W dodatku odważny i do walki ze smokiem nie boi się stanąć. A jakby, co to rycersko stanie o pannę do boju, dokona czynów wielkich a nie żeby zagarnąć pół królestwa i w wieży zamykać albo, co gorsza do garów popychać.

Z tym, że rycerzy w tych czasach jakby niewielu a smoków to już w ogóle, jedynie białe konie pozostały gdzieniegdzie. Panny znów to niestety nie królewny, co to ręka ich do zdobycia o połowie królestwa nie wspomnę. Takie czasy.

Mniejsza z tym, w końcu fajna bajka. Rycerz to niby Jerzy. W walce przeciwko groźnemu smokowi stanowi cholernie popularny motyw malarski. Sam rycerz nie wygląda na nieustraszonego zbawcę świata, raczej grzecznie ułożony dzielny chłopiec, bez grymasu wysiłku robi co się powinno. Ładna zbroja. Na piersiach krzyż maltański a na policzkach róż.

Jerzy
podobno był postacią autentyczną. Trudno zaprzeczać, tym bardziej ze patronuje kilku państwom o miastach nie wspominając. Bajka ze smokiem narodziła się w czasie krucjat.

Smok nie zieje ogniem wprawdzie, ale na sympatycznego nie wygląda, za to koń Jerzego, poezja! Po oczach powiedziałbym, że to klacz raczej o spojrzeniu hollywoodzkim.  To właśnie spojrzenie „robi” ten obraz.
W tle jakiś Wawel, całkiem spory i panna, pewnie królewna o powodzenie rycerza modły wznosi.
Z prawej na linii horyzontu samotny biały żagiel widać (w powiększeniu). 


                            
                      Hans Georg Geiger – Św. Jerzy walczy ze smokiem ok. 1614.
                                National Gallery of Slovenia, Ljubljana



O autorze tego dzieła niestety wiem niewiele. Ale może więcej wiedzą w muzeum gdzie wisi jego dzieło. Kto zwiedza Słowenie powinien odwiedzić National Gallery of Slovenia, kto się tam nie wybiera może zajrzeć na stronę internetową, ciekawe rzeczy tam mają.


Inna bajka na blogu ze smokiem.

A tak na marginesie, popularny Dratewka i jego potyczka ze smokiem jakoś słabo się przebiły, jako temat malarski, pewnie dlatego, że to temat adresowany od początku do dzieci a może dlatego, że prosty lud zawsze miał trudniej niż osobniki szlachecko świątobliwe. W tej kwestii nic się nie zmienia od zarania dziejów.

Wieszamy – bajki są dobre przed snem, więc sypialnia.

Prenumerata bloga.


wtorek, 12 lipca 2011

Czysta niewinność. Szlachetność dziewictwa, jakiej nie mają Madonny. Elegancka nieśmiałość. Dystyngowana modestia. Jak to wszystko ująć w jednym obrazie?! Właśnie tak!.
Prosty kadr, nie narzucająca się kolorystyka, to musiała być bardzo skromna modelka. Można rzec za poetą „och kobieta w koło cnotą parskająca!” Jakże inny to akt od rozbuchanej erotyzmem, egzotycznej Zochy. Co tu dużo mówić, lepiej pooglądać. 

Oryginał można podziwiać udając się do Krakowa, do Muzeum Narodowego, którego galeria obrazów znajduje się w Sukiennicach. Zachwytów i pozytywnych wrażeń życzę


                 
                     Wojciech Korneli Stattler – Studium aktu ok. 1830
                                     Muzeum Narodowe w Krakowie

 
Wojciech Korneli Stattler był reformatorem metod nauczania w Akademii Sztuk Pięknych, chciał wprowadzić obok ćwiczeń praktycznych wykłady z historii sztuki. Uczył malować portrety psychologiczne pragnął, żeby obraz przemawiał do serca a nie tylko był świetny technicznie. Walczył o wprowadzenie do zajęć żywego modelu.
Nie od razu, ale w końcu udało się wszystko wprowadzić do nauczania.

Malarstwo Stattlera jest trochę zapomniane, pewnie dlatego, że zbyt akademickie, ten akt wyszedł jednakże fantastycznie.
Na Wawelu jest Kaplica Jana Zadzika, obraz ołtarzowy Chrzest Chrystusa namalował Stattler, św. Janowi nadał rysy Adama Mickiewicza. Ot, taka ciekawostka.

Wieszamy – Biblioteka prywatna.

Prenumerata bloga.



środa, 29 czerwca 2011

Rzućmy okiem na malarstwo polskie, dawno nic nie było. To może jakaś scena, nazwijmy ją „przygodowa”. Lisowczycy w trakcie postoju. Tak wyglądał oddział siedemnastowiecznych komandosów. Chociaż nie jestem do końca przekonany, że tych zabijaków można tak porównać. Lisowczycy to raczej armagedon w barwnym opakowaniu. W tej scenie akurat mają przerwę w rabowaniu, paleniu i mordowaniu. Konstrukcja zatrudnienia takich co to się niczego nie boją, jako specjalny oddział żołnierzy, w zamian za łupy zamiast żołdu wpłynęła znacząco na sposób działania a potem reputację. Poznała ich cała Europa niemalże, walczyli m.in.: daleko w Rosji, bili się z Turkami pod Chocimiem, ze Szwedami w Prusach, na służbie cesarza Ferdynanda II we Francji a na zakończenie swej epopei spalili Radomsko. Około 2 tys. Zabijaków i 15 lat na wojennym rynku wystarczyło, żeby zła sława odbijała się echem, aż do czasów Napoleona.

Z naszego punktu widzenia świetny temat na barwne kino, niestety jakoś nie potrafimy niczego wypromować, zachwycamy się głupotami o latającym nietoperzu na sterydach albo kolorowanymi przygodami pirata Sparrowa. Dziwne, bo malarstwo z taką anegdotą na płótnie miało duże wzięcie już za życia malarza i teraz notuje wysokie ceny. Sienkiewiczowska twórczość też odżywa, chociaż nie podbija, jak sława Lisowczyków, Europy, o świecie nie wspominając.

Ciekawe, o czym rozmawia tych czterech? Jeden, relację składa, trzech pilnie słucha, pewnie za chwilę będzie zawierucha.



                                    Józef Brandt – Lisowczycy przed gospodą 1870
                                                         Własność prywatna.

 
Józef Brandt pochodził z rodziny lekarzy, dziadek był profesorem anatomii na Uniwersytecie Warszawskim, ojciec naczelnym lekarzem Ordynacji Zamoyskich, dlatego też Józef urodził się w Szczebrzeszynie. Początkowo miał zostać inżynierem i budować drogi i mosty, ale po roku porzucił pomysł by zwrócić się ku sztuce i to był bardzo dobry zwrot.
Malarz trafił pod opiekę Juliusza Kossaka, pierwsza wystawa w Zachęcie  w 1861r, a w 1870 miał już swoja pracownię w Monachium bardzo ciekawie urządzoną. We wnętrzu był rozstawiony na stałe wielki namiot wezyra a na ścianach cała menażeria uzbrojenia wojskowego z epoki. A potem to już samo pasmo sukcesów...

Ciekawe czy Trylogia Sienkiewicza podobała się Brandtowi tak jak obrazy Brandta pisarzowi.
To drugi obraz tego malarza, pierwszy jest tutaj.


Wieszamy – Salon czwarty

Prenumerata bloga.

* Zalinkowałaś/ eś tego bloga?! Nie znajdujesz w szpalacie bocznej linka do siebie? Poinformuj redakcję mailem lub w komentarzach. Redakcja nie jest w stanie wszystkiego wyłapać osobiście. Przepraszam za niedogodności i życzę miłego dnia. 

 

czwartek, 23 czerwca 2011

Lato. Są tacy, co wolą góry, ale są też tacy, co wolą morze a szczególnie kąpiele w falach. Trzeba uważać gdzie człowiek wchodzi do wody, bo to, jak nie rekiny głodne, to nimfy a czasami i inne stwory wodne mogą się pojawić.

A zastanawialiście się kiedyś, z czego powstaje piana morska? Bo wiadomo, że z piany wyłoniła się (powstała) niejaka Afrodyta. Bogini miłości, kobieta. Pierwsza kobieta z recyklingu. Bardziej namacalne są fajki, które też robią z piany morskiej oraz różne ozdoby i precjoza.

Dla każdego jest też oczywiste, że woda morska jest słona i jakoś tak śledziem zalatuje. Podobno pozytywnie wpływa na zdrowie i urodę, pod warunkiem, że się w niej kąpiemy a nie pijemy.
Piana morska
mieni się różnymi odcieniami bieli, ale morza i oceany potrafią przybierać różne barwy. Malarzy to zachwyca, niektórzy z nich zwani marynistami malują wyłącznie morskie tematy.

 


                                          Arnold Bocklin – Playing in the Waves 1883
                                                        Neue Pinakothek, Monachium.


A. Bocklin
nie był marynistą tylko symbolistą, niemniej jednak, akurat to morze wyszło mu bardzo udanie. Nawet powrzucanie w fale centaurów i syren nie psuje obrazu i nie można mieć mu za złe takiego podejście do sprawy. Szwajcar zauroczony był wątkami romantycznymi, stąd takie klimaty.
Tym obrazem przysporzył jednak publiczności a szczególnie tzw. krytykom nieco trudności, bo powstało pytanie: co właściwie artysta chciał powiedzieć? Teorie „wyjaśniające” obraz powstają do dzisiaj, lubują się w tłumaczeniach studenci różnych większych i mniejszych szkół artystycznych. Dwie powiedzmy oficjalne brzmią mniej więcej tak:
1. Bocklin był na wakacjach u niejakiego A. Dohrna, biologa morskiego, pewnie kumpla. Poszli popływać, w pewnym momencie Dohrn zanurkował na dłużej i wynurzył się wśród grupy kobiet, które były nieco zaskoczone nagłym jego pojawieniem się. Powstało grupowe damskie Ojej!!! – niby nic wielkiego, prawda?! Owszem, ale to był przed rokiem 1883, inne czasy, inne zachowania. Bocklin przełożył zaobserwowaną sytuację artystycznie po swojemu.
2. Według Ferdinanda Aventariusa (poeta) – syrena jest uosobieniem samego oceanu i naturalnych sił przyrody, wody i nieba. No. Tego nie będziemy komentować.

I jeszcze jedna, bardziej współczesna w maksymalnym skrócie – biel, syreny – dobro, czyt.: czysta natura, czarne samce – zło, wywołane przez człowieka, zanieczyszczenia i insza degrengolada ekologiczna.

Jakby nie było czasami miło się popluskać w słonej wodzie a kto nie może, to może sobie pooglądać fale i uruchomić wyobraźnie. No to stopy wody pod kilem i ahoj!

Wieszamy – Salon czwarty

Prenumerata bloga.

* Zalinkowałaś/ eś tego bloga?! Nie znajdujesz w szpalacie bocznej linka do siebie? Poinformuj redakcję mailem lub w komentarzach. Redakcja nie jest w stanie wszystkiego wyłapać osobiście. Przepraszam za niedogodności i życzę miłego dnia. 


wtorek, 14 czerwca 2011

Było nas trzech w każdym z nas inna krew, ale jeden przyświecał nam cel… pamiętacie? Jakiż to cel może przyświecać takim trzem?

Rolnik, astronom i architekt! Państwo by im zaufali? Wyglądają raczej jak trzech leniwych, rozpieszczonych, znudzonych żarłoków, którzy z nudów narozrabiają (taka barokowa wersja blokersów?). Klasyczny symbolizm, który ma wypływać z ram i przedstawiać jakąś tam wiedzę – rolniczą, astronomiczną i architektoniczną, więc ścisłą i konkretną raczej - kojarzy się z próżniactwem, obiboctwem i ignorancją połączoną z nudą.

Podobno lustro u wyrośniętego ma symbolizować autorefleksję, ale ja widzę tylko narcyza zapatrzonego w siebie, żadnych refleksji nad sobą, raczej pełne uwielbienie. Skrzydlaty niby posiadł wiedzę kosmiczną, ale tak naprawdę jest oderwany od życia, zapatrzony w niebo albo chmury, żyje w swoim własnym świecie (rżnie astronoma, ale do Kopernika to mu daleko). A trzeci wydaje się najbardziej ruchliwy i skory do pracy, a prawda jest taka, że chętnie narozrabia, przystroił się w wieniec laurowy, co świadczy o jego skłonnościach przywódczych, to on rządzi pozostałą dwójką.


Można mieć takie, można i inne skojarzenia. Państwo mają jakieś swoje spostrzeżenia?




                                              Domenico Zampieri (Domenichino)
                       –
Allegory of agriculture, astronomy i architec 1624-1625
                                              Galleria Sabauda, Turyn.


Włoch, którego początkowo uczył malować flamand, ale wcale tego nie widać, później był też współpracownikiem A. Carraciego. Malował dla sfer kościelnych, głównie sceny biblijne i mitologiczne, uzyskał stanowisko architekta papieża Grzegorza XV, oprócz obrazów i fresków pozostawił dużą ilość rysunków. Jego śmierć spowija tajemnica, w 1631 uzyskał kontrakt na malowanie katedry w Neapolu, pracy nie skończył, podobno został otruty przez zazdrosnych, lokalnych malarzy neapolitańskich, ot historia prosto z Włoch.

Przy okazji tego obrazu miało być o puttach, cherubinach, amorach, kupidynach, ale wyszło co wyszło. Może następnym razem się uda. Podobni już tu gościli.

Wieszamy – Pokój zabaw dziecięcych


Prenumerata bloga.

* Zalinkowałaś/ eś tego bloga?! Nie znajdujesz w szpalacie bocznej linka do siebie? Poinformuj redakcję mailem lub w komentarzach. Redakcja nie jest w stanie wszystkiego wyłapać osobiście. Przepraszam za niedogodności i życzę miłego dnia.  

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13
blogi