Malarstwo sztuka czy rzemiosło ?
środa, 29 czerwca 2011

Rzućmy okiem na malarstwo polskie, dawno nic nie było. To może jakaś scena, nazwijmy ją „przygodowa”. Lisowczycy w trakcie postoju. Tak wyglądał oddział siedemnastowiecznych komandosów. Chociaż nie jestem do końca przekonany, że tych zabijaków można tak porównać. Lisowczycy to raczej armagedon w barwnym opakowaniu. W tej scenie akurat mają przerwę w rabowaniu, paleniu i mordowaniu. Konstrukcja zatrudnienia takich co to się niczego nie boją, jako specjalny oddział żołnierzy, w zamian za łupy zamiast żołdu wpłynęła znacząco na sposób działania a potem reputację. Poznała ich cała Europa niemalże, walczyli m.in.: daleko w Rosji, bili się z Turkami pod Chocimiem, ze Szwedami w Prusach, na służbie cesarza Ferdynanda II we Francji a na zakończenie swej epopei spalili Radomsko. Około 2 tys. Zabijaków i 15 lat na wojennym rynku wystarczyło, żeby zła sława odbijała się echem, aż do czasów Napoleona.

Z naszego punktu widzenia świetny temat na barwne kino, niestety jakoś nie potrafimy niczego wypromować, zachwycamy się głupotami o latającym nietoperzu na sterydach albo kolorowanymi przygodami pirata Sparrowa. Dziwne, bo malarstwo z taką anegdotą na płótnie miało duże wzięcie już za życia malarza i teraz notuje wysokie ceny. Sienkiewiczowska twórczość też odżywa, chociaż nie podbija, jak sława Lisowczyków, Europy, o świecie nie wspominając.

Ciekawe, o czym rozmawia tych czterech? Jeden, relację składa, trzech pilnie słucha, pewnie za chwilę będzie zawierucha.



                                    Józef Brandt – Lisowczycy przed gospodą 1870
                                                         Własność prywatna.

 
Józef Brandt pochodził z rodziny lekarzy, dziadek był profesorem anatomii na Uniwersytecie Warszawskim, ojciec naczelnym lekarzem Ordynacji Zamoyskich, dlatego też Józef urodził się w Szczebrzeszynie. Początkowo miał zostać inżynierem i budować drogi i mosty, ale po roku porzucił pomysł by zwrócić się ku sztuce i to był bardzo dobry zwrot.
Malarz trafił pod opiekę Juliusza Kossaka, pierwsza wystawa w Zachęcie  w 1861r, a w 1870 miał już swoja pracownię w Monachium bardzo ciekawie urządzoną. We wnętrzu był rozstawiony na stałe wielki namiot wezyra a na ścianach cała menażeria uzbrojenia wojskowego z epoki. A potem to już samo pasmo sukcesów...

Ciekawe czy Trylogia Sienkiewicza podobała się Brandtowi tak jak obrazy Brandta pisarzowi.
To drugi obraz tego malarza, pierwszy jest tutaj.


Wieszamy – Salon czwarty

Prenumerata bloga.

* Zalinkowałaś/ eś tego bloga?! Nie znajdujesz w szpalacie bocznej linka do siebie? Poinformuj redakcję mailem lub w komentarzach. Redakcja nie jest w stanie wszystkiego wyłapać osobiście. Przepraszam za niedogodności i życzę miłego dnia. 

 

czwartek, 23 czerwca 2011

Lato. Są tacy, co wolą góry, ale są też tacy, co wolą morze a szczególnie kąpiele w falach. Trzeba uważać gdzie człowiek wchodzi do wody, bo to, jak nie rekiny głodne, to nimfy a czasami i inne stwory wodne mogą się pojawić.

A zastanawialiście się kiedyś, z czego powstaje piana morska? Bo wiadomo, że z piany wyłoniła się (powstała) niejaka Afrodyta. Bogini miłości, kobieta. Pierwsza kobieta z recyklingu. Bardziej namacalne są fajki, które też robią z piany morskiej oraz różne ozdoby i precjoza.

Dla każdego jest też oczywiste, że woda morska jest słona i jakoś tak śledziem zalatuje. Podobno pozytywnie wpływa na zdrowie i urodę, pod warunkiem, że się w niej kąpiemy a nie pijemy.
Piana morska
mieni się różnymi odcieniami bieli, ale morza i oceany potrafią przybierać różne barwy. Malarzy to zachwyca, niektórzy z nich zwani marynistami malują wyłącznie morskie tematy.

 


                                          Arnold Bocklin – Playing in the Waves 1883
                                                        Neue Pinakothek, Monachium.


A. Bocklin
nie był marynistą tylko symbolistą, niemniej jednak, akurat to morze wyszło mu bardzo udanie. Nawet powrzucanie w fale centaurów i syren nie psuje obrazu i nie można mieć mu za złe takiego podejście do sprawy. Szwajcar zauroczony był wątkami romantycznymi, stąd takie klimaty.
Tym obrazem przysporzył jednak publiczności a szczególnie tzw. krytykom nieco trudności, bo powstało pytanie: co właściwie artysta chciał powiedzieć? Teorie „wyjaśniające” obraz powstają do dzisiaj, lubują się w tłumaczeniach studenci różnych większych i mniejszych szkół artystycznych. Dwie powiedzmy oficjalne brzmią mniej więcej tak:
1. Bocklin był na wakacjach u niejakiego A. Dohrna, biologa morskiego, pewnie kumpla. Poszli popływać, w pewnym momencie Dohrn zanurkował na dłużej i wynurzył się wśród grupy kobiet, które były nieco zaskoczone nagłym jego pojawieniem się. Powstało grupowe damskie Ojej!!! – niby nic wielkiego, prawda?! Owszem, ale to był przed rokiem 1883, inne czasy, inne zachowania. Bocklin przełożył zaobserwowaną sytuację artystycznie po swojemu.
2. Według Ferdinanda Aventariusa (poeta) – syrena jest uosobieniem samego oceanu i naturalnych sił przyrody, wody i nieba. No. Tego nie będziemy komentować.

I jeszcze jedna, bardziej współczesna w maksymalnym skrócie – biel, syreny – dobro, czyt.: czysta natura, czarne samce – zło, wywołane przez człowieka, zanieczyszczenia i insza degrengolada ekologiczna.

Jakby nie było czasami miło się popluskać w słonej wodzie a kto nie może, to może sobie pooglądać fale i uruchomić wyobraźnie. No to stopy wody pod kilem i ahoj!

Wieszamy – Salon czwarty

Prenumerata bloga.

* Zalinkowałaś/ eś tego bloga?! Nie znajdujesz w szpalacie bocznej linka do siebie? Poinformuj redakcję mailem lub w komentarzach. Redakcja nie jest w stanie wszystkiego wyłapać osobiście. Przepraszam za niedogodności i życzę miłego dnia. 


wtorek, 14 czerwca 2011

Było nas trzech w każdym z nas inna krew, ale jeden przyświecał nam cel… pamiętacie? Jakiż to cel może przyświecać takim trzem?

Rolnik, astronom i architekt! Państwo by im zaufali? Wyglądają raczej jak trzech leniwych, rozpieszczonych, znudzonych żarłoków, którzy z nudów narozrabiają (taka barokowa wersja blokersów?). Klasyczny symbolizm, który ma wypływać z ram i przedstawiać jakąś tam wiedzę – rolniczą, astronomiczną i architektoniczną, więc ścisłą i konkretną raczej - kojarzy się z próżniactwem, obiboctwem i ignorancją połączoną z nudą.

Podobno lustro u wyrośniętego ma symbolizować autorefleksję, ale ja widzę tylko narcyza zapatrzonego w siebie, żadnych refleksji nad sobą, raczej pełne uwielbienie. Skrzydlaty niby posiadł wiedzę kosmiczną, ale tak naprawdę jest oderwany od życia, zapatrzony w niebo albo chmury, żyje w swoim własnym świecie (rżnie astronoma, ale do Kopernika to mu daleko). A trzeci wydaje się najbardziej ruchliwy i skory do pracy, a prawda jest taka, że chętnie narozrabia, przystroił się w wieniec laurowy, co świadczy o jego skłonnościach przywódczych, to on rządzi pozostałą dwójką.


Można mieć takie, można i inne skojarzenia. Państwo mają jakieś swoje spostrzeżenia?




                                              Domenico Zampieri (Domenichino)
                       –
Allegory of agriculture, astronomy i architec 1624-1625
                                              Galleria Sabauda, Turyn.


Włoch, którego początkowo uczył malować flamand, ale wcale tego nie widać, później był też współpracownikiem A. Carraciego. Malował dla sfer kościelnych, głównie sceny biblijne i mitologiczne, uzyskał stanowisko architekta papieża Grzegorza XV, oprócz obrazów i fresków pozostawił dużą ilość rysunków. Jego śmierć spowija tajemnica, w 1631 uzyskał kontrakt na malowanie katedry w Neapolu, pracy nie skończył, podobno został otruty przez zazdrosnych, lokalnych malarzy neapolitańskich, ot historia prosto z Włoch.

Przy okazji tego obrazu miało być o puttach, cherubinach, amorach, kupidynach, ale wyszło co wyszło. Może następnym razem się uda. Podobni już tu gościli.

Wieszamy – Pokój zabaw dziecięcych


Prenumerata bloga.

* Zalinkowałaś/ eś tego bloga?! Nie znajdujesz w szpalacie bocznej linka do siebie? Poinformuj redakcję mailem lub w komentarzach. Redakcja nie jest w stanie wszystkiego wyłapać osobiście. Przepraszam za niedogodności i życzę miłego dnia.  

blogi