Malarstwo sztuka czy rzemiosło ?
sobota, 22 maja 2010

Widoków ujętych malarsko było już kilka w blogu, zaczęło się od banalnie nudnego widoku polnej drogi. Lubicie chodzić polnymi drogami?
Później był widok zamku w ruinie, który ruiną już nie jest. Swoim urokiem przyciąga widok na Antwerpię z Florą na planie a niektórych zachwycał Gdańsk po kupiecku. Były i inne ciekawe widoki, Państwo sobie przekartkują wstecz bloga.

Spójrzmy dzisiaj na krakowski Wawel. Wielu malarzy czyniło widoki Wawelu i Krakowa, ten jest jednym z fajniejszych. Ujęcie jakby panoramiczne, Wawel góruje a zabudowa Krakowa pochłania coraz bardziej okoliczne łąki i pastwiska. Ciekawy jestem gdzie dzisiaj trzeba by stanąć by powtórzyć ten kadr o ile wogóle jest to możliwe. Odkąd fotografia zeszła pod strzechy widoków Krakowa i Wawelu namnożyło się w oceanie internetowym. Są podobne, można rzec prawie takie same, ale od czasu pewnej reklamy wiadomo, że prawie robi różnice.

Może krakowianie podpowiedzą i odsłonią zagadkę, skąd patrzył malarz na Wawel?


                                             Władysław Malecki – Widok na Wawel 1873
                                                  
Muzeum Narodowe w Warszawie


Tak licznego stada krów w takiej bliskości Wawelu już się chyba zobaczyć dzisiaj nie da. Władysław Malecki był pejzażystą, tworzył również, pod wpływem J. Brandta obrazy o tematyce powstańczej. Ceniony i z sukcesami wystawiający za granica, w kraju nie znalazł uznania wcale.
Najpierw zajmował się uczeniem kaligrafii w prywatnej szkole w Kole, potem przeniósł się do Szydłowca, gdzie burmistrz oddał mu do dyspozycji pracownię. Niedoceniony, zapomniany, bez środków do życia, w 1900 roku malarz zmarł z głodu w swojej pracowni.
Niektóre z prac artysty można podziwiać w Muzeum Narodowym w Warszawie, Krakowie i Kielcach. 

Patrząc na taki dawny widok cały czas po głowie mi chodzi, gdzie stał malarz, gdzie trzeba by stanąć dziś z aparatem by kadr powtórzyć? Hmmm....

Wieszamy – salon czwarty

czwartek, 06 maja 2010

Złośliwa baba! No żeby tak śpiącemu dziecku nad uchem grzmocić talerzami!! Że co?! Że dziecko to diable wcielone?!
Nooo, może i diable, ale dziecko jednak i śpi z miną anielską. Matczynych uczuć zero. Kto by tam jednak, po Bachantce spodziewał się uczuć matczynych, wszak nie do macierzyństwa zostały stworzone.
Co to za jedne i do czego zostały stworzone to Państwo sobie wyszperają w necie.

Obraz namalowany sprawnie, chociaż sceneria nie wydaje się być idylliczna. To musiała być bibka na tzw. łonie przyrody, gdzieś nad wodą, gdzie strumyk płynie z wolna a wokół parkowe alejki i rzymskie rzeźby. Hucznie było, dzbany porozrzucane, popiersia poprzewracane, diabli harcowali.
A Bachantka niczego sobie, wprawdzie padła rozchełstana na lamparcią skórę, ale nie przeszkadza jej to nadal grać. Dobrze, może to trzaskanie się wiele z muzyką wspólnego nie ma, zawsze to jednak jakiś rytm wybije. Złośliwie trochę nad uchem diablęcia, może diabły lubią lulać w hałasie?



                   Jean Simon Berthelemy – Leżąca Bachantka grająca na czynelach 1778
                                                         
Własność prywatna



Autor niczym szczególnym się nie wyróżniał w malarstwie, ot rzemieślnik trudniący się ozdabianiem stropów w barokowo historyczne sceny (m.in. sufity Luwru). Bardziej zapamiętać powinni go sobie Włosi, bo podczas kampani generała Napoleona we Włoszech był jednym z ekspertów wyznaczonych do wyboru dzieł sztuki, które mają zostać przeniesione do Paryża. Cała ta grabież sprawnie została ubrana w traktat z 1797r. Dobre i to, bo wcześniej i później zwykle papierami sobie głowy nie zawracano, ot zdobyczne i już.
Podobny obraz już był i na pewno takie ozdobne sceny jeszcze będą.

Wieszamy – sala balowa

blogi